Słowo wstępu: wieloletni flirt z USA
Myśl doświadczenia Stanów - choćby poprzez krótki czas studiów lub pracy - towarzyszyła mi już od dawna.
Dokładnie 10 lat temu, na drugim roku studiów na Royal Holloway, jeden z moich profesorów ekonomii gorąco namawiał mnie na studia doktoranckie w USA. Jeff Frank, który sam ukończył Yale, mawiał, że porządną edukację trzeba odebrać właśnie tam, bo niewiele uniwersytetów w Europie może się równać z ich poziomem. Wtedy, w 2008, los chciał jednak inaczej, i spośród 8 uniwersytetów amerykańskich nie przyjął mnie żaden, a zamiast tego trafiłem w stare mury innej uczelni brytyjskiej.
Niedosyt jednak pozostał, dlatego po skończeniu magisterki w 2011 trafiłem razem z moim przyjacielem Stanisławem na letnią szkołę filozofii i historii w Princeton. Bluszczowe mury szybko mnie oczarowały, ale sen trwał ledwie 2 tygodnie. Później przemierzyliśmy jeszcze teren stanów południowo-zachodnich, gdzie natura zbudowała najpiękniejsze pomniki przyrody, jakie dotychczas widziałem. Moja podróż skończyła się w górach Sierra Nevada, i poznanie się z Kalifornią musiało poczekać na lepszy czas.
Kilka miesięcy później, kiedy najmniej się tego spodziewałem, to USA wyciągnęło do mnie rękę i w lutym 2012 znalazłem się w Nowym Jorku na konferencji ONZ. Przy okazji stażu w World Youth Alliance zostałem wysłannikiem z biura europejskiego jako część reprezentacji naszej organizacji. Nowy Jork nie zachwycił mnie wtedy, a urok wielkiego miasta zniknął w cieniu ogromnych wieżowców, hałaśliwego metra, i brudnych ulic. Wyjeżdżałem wtedy pozbawiony złudzeń, że w Nowym Jorku czy gdziekolwiek w Stanach znajdę kulturę na miarę Europejskiej, albo chociaż cień belle-epoque którą tak pięknie upamiętniała architektura art deco i rozmach przed-kryzysowej Ameryki. Na mapie marzeń wróciłem do nastoletnich fascynacji Orientem i kulturami dalekiej Azji - chińską poezją z dynastii Tang, kulturą samurajów, czy głęboką tybetańską duchowością.
Pewnie dlatego, kiedy w 2014 miałem do wyboru kierunek wymiany w ramach pracy - Wschód lub Zachód - bez wahania wybrałem Szanghaj. Ani wtedy, ani dziś nie miałem wątpliwości że był to dobry wybór. Chiny, oprócz cennego doświadczenia innego rynku i stylu pracy pozwoliły mi też spojrzeć inaczej na dzisiejszy świat. Na mapie, na której Państwo Środka jest właśnie w środku, szachownica geopolityczna wygląda zupełnie inaczej, a jakiekolwiek zamieszanie w Polsce zdaje się być tylko odległym pyłkiem w galaktyce światowych wydarzeń. Wybór Chin oznaczał rezygnację z Bostonu, i niedosyt jednak pozostał.
Pod koniec 2016 aplikowałem na studia MBA - dwie uczelnie w Stanach, dwie w Europie. I znów, jak przed laty, nie przyjęła mnie ziemia amerykańska, a ugościła brytyjska. I znów, jak przed laty, trochę zawiedziony, ostatecznie pożegnałem się z marzeniem o tym, żeby chociaż przez chwilę poczuć smak życia w USA na własnej skórze - amerykańskiej bezpośredniości, etyki pracy która dyktuje całą resztę życia, czy poczucia wolności niczym nie ograniczonej. Do władzy doszedł wtedy Trump, i wydawało się, że nawet Wielka Brytania stojąca na skraju Brexitu będzie bardziej gościnnym miejscem.
Ale po 10 latach czekania, niespodziewanie i wbrew oczekiwaniom, trafiłem na 4 miesiące do Berkeley! London Business School umożliwił mi tą wymianę, i możliwe że będzie to najlepsza część tych studiów. Pierwszy raz jestem na Zachodnim Wybrzeżu, pierwszy raz w San Francisco, i chciałbym dzielić się z Wami najciekawszymi wrażeniami.
Dziś pierwszy dzień zajęć - ale o tym następnym razem!
P.S.
Zapiszcie się na newsletter/RSS/automatyczne powiadomienia jeśli chcecie kontynuować lekturę.

Comments
Post a Comment